Mocne zakończenie miesiąca, czyli wpierdziel na City Trail.

To był bardzo dziwny miesiąc. Ilość spraw do załatwienia ciągle zaprzątała głowę i nie było chwili spokoju, choroba i klejony trening, a co najlepsze decyzja o starcie w City Trail tydzień przed biegiem. Miałem rozpocząć sezon we Wrocławiu, ale trening pokazał, że warto się przetrzeć i to była bardzo dobra decyzja.

Kilometrażowo w lutym nie było szału, bo ciut ponad 300 nie jest jakimś wyśrubowanym wynikiem 😀 Niemniej jednak ilość kilometrów mam głęboko w nosie i nigdy ich nie liczę i nie gonię, żeby wyszło tyle i tyle. Skupiam się na konkretach, a nie ubijaniu non stop kapusty. Gdy widzę zdjęcia biegaczy, gdzie jest 500-600 km w miesiącu w przygotowaniach do 10 km i półmaratonu, to zastanawiam się, czy ja non stop tak lekko trenuję?

Każdego tygodnia wykonałem 1-2 treningi siły biegowej, oraz 2 akcenty – bieg ciągły, interwały. Prędkości na biegach ciągłych delikatnie wzrosły, a interwał wchodził jak w masło. Moje włókna szybkokurczliwe były zadowolone na myśl o 8*1 km, czy 15*400, oraz mocnych 500. Od zawsze wolałem upodlić się na takich treningach niż biegać 2 zakres, jednak specyfikacja treningu pod półmaraton wymusza uzyskanie większej swobody na prędkościach 3:30, a nie pędzić po 3:00 i szybciej.

Gdy na treningu 4*2 km poleciałem ostatni odcinek dość żwawo i mnie nie odcinało zacząłem myśleć o starcie w ostatnim biegu CT. Pewność przyszła tydzień przed, gdy w niedzielę latałem 300/500 na stadionie i tam noga zrywała tartan. Powiedziałem sobie – lecimy to, bo dawno nic nie biegałem.

Tydzień poprzedzający start nie był dla mnie jednak lekki. W środę 300 metrowe podbiegi, w czwartek 14 km po 3:54 min/km i w piątek rozruch z rana + praca do 19.

Jak sami dobrze wiecie każdy start wywołuje u nas emocje – takie, które nas napędzają, lub takie, które paraliżują 🙂 Podchodziłem do tego startu wedle maksymy – nic nie muszę, wszystko mogę. Brak obiegania na dystansie 5 km jednak powodował u mnie lekkie zdenerwowanie i niepewność: jak zacząć, na ile mnie stać, dlaczego muszę biec tak szybko? Ostatni start na takim dystansie prawie 2 lata temu i to na asfalcie ukończyłem z czasem 15:51 – siedziało mi to w głowie i głos mówił: nie szalej, leć na 16:20.

W dniu startu już gotowi do wyjścia, a tu młoda miała inne plany, 5 minut później dogrywka i kolejne opóźnienie. Tego jeszcze nie grali, bo to pierwsze zawody, na które jechałem z Jagną 😛

Na miejscu szybki odbiór numeru i 30 minut przed startem ruszyłem na 2 km rozgrzewki + 10 minut gimnastyki + 4 rytmy – 2*100 m i 2*150 m. Moja klasyczna rozgrzewka przed zawodami, klasyka gatunku.

Nawet nie rozglądałem się kto biegnie i z kim się zabierać, chciałem rozegrać to samotnie według własnej taktyki w głowie.

Ruszyliśmy, myślę sobie – ja pierdziu… jak oni poszli.

1 km – 3:07, a czołówka jakieś 30-40 metrów z przodu.

2 km – 3:12 i chłopacy coraz bardziej mi uciekali.

W zasięgu wzroku widziałem tylko Mateusza vel Goleniewskiego i jeszcze jakiś młody chłopak biegł obok mnie. W oddali kilkanaście koszulek AZS, młode wilki, z którymi raczej nie miałem szans? Jednak bieg pokazał coś innego.

3 km biegając na City Trail był zawsze najwolniejszy, to górka, to człowiek myśli, że już nie da rady. Tym razem właśnie w momencie, gdy zobaczyłem 3 km poczułem wiatr w plecy.

Na zegarku pojawiło się 9:33, czyli 3 km wyszedł w 3:14. Szybka kalkulacja i podjąłem decyzję, że podkręcamy trochę. Czułem jakąś dziwną pewność, że ostatni kilometr uda mi się mocno polecieć, bo początek był zachowawczy. Przeczucie się sprawdziło, bo przecież zawsze udawało mi się ostatni km robić mocno z takiego początku.

Dodatkowej energii dostarczył mi Tarzi ( to taki zarośnięty Pan, to własnie on kręci się przy starcie CT), który krzycząc przed 4 km do Mateusza – „Tomczykowi się dasz ograć”?

4 km – na zegarku 12:44. Pierwsza myśl, super pobiegnę 3:16 i złamię 16 minut. Druga myśl – nie bądź cipa i finiszuj. Kliknąłem LAPa na zegarku i czekałem na co pozwoli głowa, bo w tym momencie, albo atakujesz, albo się poddajesz i dolatujesz do mety.

Szybkie rozeznanie co się dzieje z przodu:

10 metrów straty do „niebieskiej koszulki” i 30-40 metrów dalej kolejnych 2 na horyzoncie.

Ruszyłem, ospale, tak od niechcenia. Mięśnie zmęczone, ale nie stan agonalny, Sytuacja dość dziwna, więc postanowiłem zaryzykować, najwyżej końcówkę będę szedł 😛

Systematycznie dochodziłem zawodnika przed mną i w momencie zrównania się z nim zerwałem i poleciałem swoje. Noga podawała, dystans z kolejnymi zawodnikami zmniejszał się w mgnieniu oka. Gdzieś na 500 metrów do mety minąłem 2 kolejnych i ruszyłem dalej. Nogi paliły, ale w głowie była jedna myśl – to tylko niecałe 90 sekund i jesteś na mecie. W takich momentach nie pozostaje nic innego jak oszukiwanie własnego siebie, tylko tym sposobem nauczycie się szybko biegać. Nie ma znaczenia, czy to poziom 16 minut, czy 20, każdy z Was musi nauczyć się tej sztuki! Ciało jest zmęczone, ale to głowa w tym momencie odgrywa główną rolę.

Na ostatnich nogach dokulałem się do mety i 3 sekundy za Łukaszem, którego nie udało mi się już złapać. Ja na liczniku poniżej 3:00 min/km, on również, więc ciężko było coś więcej już z siebie wykrzesać. Zalany kwasem wpadłem na metę z czasem 15:44.

Jednak 84 kg potrafi jeszcze szybko biegać.

Morał z tej bajki jest taki – najpierw masa i szybkość, potem rzeźba i wytrzymałość 😛

Nogi przepalone, głowa przewietrzona, więc można się dalej bawić w bieganie 🙂

Podsumowanie lutego –

PIW – 0 😀

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *