Półmaraton Praski – los chce ze mną grać w pokera.

Emocje już opadły, bieg przeanalizowany, więc można coś więcej napisać. Mamy czwartkowy poranek, a ja po półmaratonie nie miałem w sumie dnia odpoczynku. Nie ma czasu na luzowanie treningu 🙂 Wczorajszy bieg zmienny dał mi wiele do myślenia. Piotrek Ty chyba jeszcze mocno nigdy nie trenowałeś… To była moja pierwsza myśl po zakończeniu zadania w postaci biegu zmiennego 3:20/3:50.

Tydzień poprzedzający półmaraton również nie był lekki, a środowy akcent na stadionie dał mi mocno popalić. Biegałem 4 razy 4 km w tempie narastającym 3:40-3:28 na krótkiej przerwie. Wyszło mi wtedy 18 km i średnie tempo 3:41. Wiedziałem, że na półmaratonie nogi będą jak z waty, dlatego podszedłem do tego startu totalnie na luzie.

Zastosowałem moją przedstartową dietę, czyli w drodze do Wawy zaliczyłem dużą chai latte w McDonaldzie i kanapkę z kurczakiem teryiaki, jak widać sprawdziło się po raz kolejny.

Po nocy w „apartamencie” czułem się jakby mnie kibice Legii spałowali za to, że jestem z Poznania 🙂 Bolało mnie wszystko, bo łóżko było tak miękkie, że aż niewygodne.

Na start podjechaliśmy samochodem, gdyż moja druga połówka nie rozpędza się do normalnych prędkości i 3 km na miejsce startu pokonalibyśmy pewnie w godzinę 😉

18:30 – startował bieg na 5 km, gdzie biegł mój trener. Obejrzałem start i poleciałem sobie potruchtać, zrobiłem 1 km i dobiegłem na metę, żeby zamienić z Arturem kilka słów.

Taktyka na bieg wyglądała następująco, miałem ruszyć po 3:42-3:47 i dopiero po 10 km, jeśli będzie luz w nodze to podkręcać. Także wbiłem sobie ten plan do głowy i ruszyłem na 40 minut przed biegiem na kolejne 2 km truchtu. Nogi jakieś nieswoje, ale nie było czuć zmęczenia, czy też nadmiernej lekkości. Rytmów zrobiłem, aż 7 łącznie. 4 razy 100 metrów i 3 razy 150. Wszystko dlatego, ze źle wyliczyłem trochę czas do startu i miałem go zbyt dużo, a nie chciałem ostygnąć.

Udałem się na start, ustawiłem się gdzieś z tyłu za czołówką, ale przed balonikiem na 1:20. Wyposażony w dwa hydrożele Squeezy, jeden zwykły i drugi z kofeiną, czekałem na start. Miałem w głowie jedną myśl, biegnij ekonomicznie, na niskim wydatku energetycznym i zrób co do Ciebie należy. Nie daj ciała Pioter.

Wystartowaliśmy, czułem, że 1 km człapię jak żółwik. Wybija 1 km i widzę obok siebie zająca na 1:20. Myślę sobie, co jest kurczaki.

Sprawdzam zegarek i 3:41 na budziku, więc hamuję nogę i uciekam do chodnika, żeby nie biec z tłumem i nie napędzać się nawzajem.

Wszystko rozgrywałem gdzieś głęboko wewnątrz, nie spoglądałem kto biegnie obok, kto mi ucieka. Izolacja totalna. W sumie czułem się jak na treningu! Chłodna głowa i ciągle biegnąc na hamulcu kumulowały mi się i myśli i zadawałem sobie pytanie – czemu tak lekko się biegnie?

5 km i międzyczas na 18:23. Prawie zgodnie z planem 🙂

Trasę półmaratonu znałem już dość dobrze i miałem z nią sobie do wyrównania parę spraw.

2015 przyjechałem tutaj walczyć o życiówkę – umarłem po 16 km.

2016 – biegłem jako pacemaker na 1:20 – zdechłem.

2017- biegłem jako pacemaker na 1:20 – poleciałem bez problemu w komforcie.

2018 – narodziła się wtedy myśl… a może by tak podkręcić i zobaczyć co się wydarzy.

Było to bardzo subtelne i kosmetyczne podkręcenie tempa 2-3 sekundy na kilometrze, to praktycznie nieodczuwalne, ale jednak kilka osób mijałem po drodze.

Ktoś na 7-8 km krzyknął – Dawaj za linią mety zapierdalaj. Tam się trochę zapomniałem i wyszedł jakiś kilometr w 3:33. Nie odcięło, nie spowodowało to żadnych większych oznak zmęczenia, więc lampka kontrolna tempa w tym momencie zgasła i włączył się tryb psa gończego.

Gdy mijałem 10 km i na tablicy świetlnej zobaczyłem czas 36:15, to od razu odpaliłem w głowie kalkulator. Liczyłem, liczyłem i się doliczyć nie mogłem ile musiałbym biec w drugiej części, żeby poprawić życiówkę i czy jest jakaś matematyczna szansa :]

Drugie 5 km w czasie 17:52.

Pomnożyłem sobie 36:15 razy 2, założyłem, że ostatni kilometr z haczykiem pobiegnę w trupa 3:00 i wyszło mi na mecie – 1:15:30+

Wtedy decyzja zapadła, że urywamy powoli i dystans mnie zweryfikuje. Wziąłem żel i show must go on. Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba 🙂

Co było dalej? Dowiecie się w kolejnym odcinku 🙂

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *