Maraton Warszawski – Droga Krzyżowa

Połowa za mną, połowa przede mną. Ta rzecz jasna gorsza połowa, a jak się okazało – DROGA KRZYŻOWA 🙂

Moja rowerzystka już nie odstępowała mnie na krok, co jakiś czas policja, czy straż miejska wyrzucała ją na chodnik, ale dzielnie walczyła razem ze mną 🙂

 

Po 21 km wydawało mi się, że jest ciągle z górki, bo biegło się nadzwyczaj swobodnie. W 3 osobowej grupce walczyliśmy na trasie. Na 24 km wziąłem 3 żel, popiłem troszkę wodą i do przodu.

25 km i nadal leciałem na 2:40.

Dyskomfort w brzuchu utrzymywał się bez żadnego nasilania. Po prostu bolało i tyle, ale nie przeszkadzało to w utrzymywaniu tempa.

Kluczowy moment w biegu był po 26 km. Chłopacy z górki delikatnie zerwali i zamiast się do nich przyczepić biegłem dalej swoje 3:47. Teraz wiem, że popełniłem wielki błąd. Oddalili się ode mnie jakieś 30-40 metrów i cały wiatr zbierałem na klatę.

Wybiegaliśmy na Wybrzeże Gdańskie. Wiatr pizgał niemiłosiernie w twarz, zaryzykowałem, że muszę ich dojść, żeby wspólnie pracować. Niestety delikatny zryw tempa, i nie mówię tutaj o gwałtownym zejściu do 3:20, ale kosmetycznie do 3:35-3:38 dał mi nieźle w kość. Do kolki po prawej stronie doszło coś gorszego. Nie mogłem chwilami złapać powietrza i stękałem jak dziadek. Po prostu w jednej chwili mnie zatkało. Pojawił się ból w dolnej części brzucha, był nie do wytrzymania, masowałem, uciskałem i nic.

Oddalający się zawodnicy podłamali mnie dość mocno. Czułem, że to może być początek czegoś gorszego.

BYŁ TO POCZĄTEK DROGI KRZYŻOWEJ.

Zwolniłem dość znacznie, przeszedłem z tempa 3:47 na 4:15, a chwilami jeszcze wolniej. Miałem wrażenie, że idę. Milion myśli i walki w głowie, nasilający się ból i bezradność.

Na 28 km poczułem się tak źle, że zaliczyłem trawnik. Padłem na kolana odbiło mi się głęboko z wnętrza i zwróciłem śniadanie? Może to była kolacja, mało istotne, nie było kolorowo. Tętno po tym przystanku jeszcze bardziej mi podskoczyło, no to pozamiatało Piotrkiem 😀 W oczach łzy, nie chciałem dalej kontynuować biegu.

Pokazałem Olce, że to koniec i schodzimy z trasy. To moment w którym zapaliła mi się lampka.

Człowieku, nie 2:40, to 2:50 pobiegniesz i świat się nie zawali. Wstawaj nie pierdziel.

Olka krzyczała na mnie, żebym walczył i się nie poddawał. Gdyby jej nie było obok, to pewnie bym położył się na tym trawniku i leżał.

Wstałem po kilku sekundach i zacząłem ruszać nogami, żeby się przesuwać. O dziwo mięśniowo nadal czułem się dobrze, ale coś w środku nie współgrało z nogami.

Niby 14 km do mety, ale to było najdłuższe 14 km, jakie kiedykolwiek pokonałem.

W okolicy 30 km podłączył się do mnie Bomba i już do samej mety mi towarzyszył Lecieliśmy już rekreacyjnie 4:00-4:15.

 

Straciłem totalnie rachubę na jaki czas lecę. Myślałem, że skończę blisko 3 h 😛

Do samej mety już był tylko kryzys, za kryzysem. Przed 32 km zobaczyłem Agnieszkę jak mi kibicuje, obok stał samochód i miałem nieziemską ochotę olać to wszystko i zakończyć tę rzeź.

Głowa szukała ciągle wymówek do zakończenia cierpienia.

Tomek równo trzymał tempo, Olka krzyczała i motywowała do walki, a zawodnicy mijali mnie jakbym stał w miejscu. Stopień wściekłości i demotywacji level hard. Gdy chciałem zerwać i kogoś się przyczepić powodowało od razu mocny ból i zatykało. Stękałem, krzyczałem i wydawałem dziwne dźwięki 🙂

W najgorszych momentach myślałem sobie o zawodnikach, których trenuję i zawsze wpajam kult walki na trasie! Kryzysy mogą po 2-3-4 kilometrach odejść w niepamięć – tym razem tak nie było/

Gdy zobaczyłem 33 km na moście po mojej prawej stronie widać było metę i wtedy uświadomiłem sobie, że nawet jakbym miał na czworaka w limicie skończyć to tam się znajdę. Co kilka minut dosłownie tak mnie przytykało, że musiałem zwalniać i rozmasować bolące miejsce.

Moje ciało było podzielone na dwie walczące ze sobą strony – głowa była mocna i chciała walczyć, mięśnie dawały radę i nie buntowały się, bo nie miałem żadnego skurczu, ani oznak zajechania w trupa, ale ten pieruński dyskomfort w brzuchu. Ciężko mi to opisać, ale nikomu nie życzę takich perypetii. Chciałem, ale nie mogłem.

Krok w krok, metr po metrze tuptałem w stronę mety. Im bliżej końca tym większe miałem wrażenie, że biegnę już w tempie 6:00. Tomek ciągle mi krzyczał, że można z tego ukręcić 2:45 jak zepnę ten gruby tyłek. Uwierzyłem mu, bo sam nie byłem w stanie racjonalnie myśleć 🙂

Powiedziałem mu, że ostatnie 3 km podkręcamy tempo :] Wolne żarty. Gdy tylko delikatnie przyśpieszyliśmy znowu mnie jeb… ze zdwojoną siłą.

Jak ja wtedy chciałem znaleźć się już za linia mety. Nigdy wcześniej nie pragnąłem tego tak bardzo. 40 km, więc już tylko 2 z groszem do mety. Tempo kosmetycznie wzrosło, a na ostatniej prostej jeszcze udało mi się z grymasem na twarzy przyśpieszyć do 3:30. Miałem świadomość, że ten ból zaraz się skończy, więc pomimo bólu dałem w palnik.

Przekroczyłem metę – czas 2:45:48. Radość? Właśnie pierwsza myśl to delikatne rozczarowanie, ale po chwili mi przeszło 🙂 Gdy tylko zobaczyłem łzy mojej Agnieszki i ta ulga, że już jest po wszystkim!

Brzuch napierdzielał dobre kilka godzin, kuśtykałem, ale nie było żadnych skurczy etc. Obawiałem się powrotu do Poznania samochodem, jednak również wszystko poszło sprawnie 🙂 Wieczorem w domu udało się jeszcze napić się piwka, no co należało się!

Z perspektywy 3 dni po maratonie, to nie miałem czegoś takiego, że nie mogłem chodzić. Nie miałem problemów z funkcjonowaniem, tym bardziej rosła we mnie frustracja, że mięśnie nie dały z siebie wszystkiego. Zastanawiałem się, czy to moja głowa nie chciała ich zmusić do większego wysiłku, czy ten hamulec w postaci kolki to spowodował. Miałem wrażenie, że ostatnie 14 km biegnę jak ciągnik na jakimś jałowym biegu – niskie obroty i kiepska prędkość. Nie wyeksploatowałem ich do 0, dlatego mam taki niesmak.

To nie jest mój maks i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś Wam to udowodnię 🙂 Szkoda jedynie, że nie tym razem, bo praca była solidna w drodze do tych zawodów.

Dziękuję wszystkim za kciuki raz jeszcze!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 komentarze “Maraton Warszawski – Droga Krzyżowa”